wtorek, 27 maja 2014

Dyskopatia u Psa - nasza historia

Post ten postanowiłam umieścić na moim blogu, aby pomóc wszystkim, którzy znajdą się w sytuacji, kiedy właściciel swojego pupila będzie potrzebował pomocy oraz informacji na temat tej choroby. Kiedy moja psinka zachorowała przebuszowałam cały Internet w poszukiwaniu, jakich kolwiek informacji na temat leczenia, operacji oraz dalszego życia psiaka niestety nic konkretnego nie znalazłam, co jeszcze dobiło mnie bardziej! Opiszę Wam całą drogę, jaką przebyłyśmy z Cleo:
  • 5 lutego po kilku godzinach nieobecności wróciłam do domu i od razu postanowiłam pójść do pokoju, w którym zawsze zostawiamy Cleo, kiedy wyjeżdżamy wszyscy z domu. Już od wejścia widziałam, że coś jest nie tak, ponieważ zawsze witała mnie z piskiem jak tylko słyszała, że wchodzę po schodach, po wejściu do pokoju postanowiłam wziąć ją na ręce, po czym zaczęła przeraźliwie piszczeć i stękać. Pomyślałam, że kiedy wypuściłam ją na, zewnątrz aby pobiegała po ogrodzie dorwała się do miski drugiego psa, który przebywa na dworze - ponieważ już raz się tak stało i takie same objawy zaobserwowaliśmy. Cleo natychmiast dostała zastrzyk rozkurczający, ale niestety jej nie pomogło. 
  • Na drugi dzień, czyli 6 lutego pojechałam z nią do weterynarza, który zawsze ją prowadzi i okazało się, że może to być właśnie dyskopatia.
  • Od 6 do 13 lutego dostawała codziennie po 3 zastrzyki, które trochę pomagały, ale i tak nie dała rady chodzić i cieszyć się jak zwykle.
  • Od 14 - 22 lutego nie jeździłyśmy już na zastrzyki tylko dostawała tabletki w domu. Niestety pierwsze dni z tabletkami nie przynosiły poprawy, ale też nie pogarszały jej stanu, zaś już 23 lutego zaczęło się coraz gorzej, ponieważ Cleo chowała się od nas i uciekała a leżąc strasznie popiskiwała. Automatycznie zawieźliśmy ją do Centrum Małych Zwierząt w Lublinie. Doktor, która nas przyjęła postawiła znowu na zastrzyki, które podawała jej 3 dni zaś po przejściu na tabletki znowu zaczęło się to samo!
  • 2 marca zawieźliśmy ją znowu do kliniki i przyjęła nas już inna Pani doktor, która stwierdziła, że z pieskiem jest bardzo nie dobrze! Czy nie wiedzieli o tym już wcześniej? Kiedy przy pierwszej wizycie oznajmiłam, że trwa to już od 5 lutego?? 

I co teraz??? Jak ratować psa??? Czy w ogóle się da???
Trzy wyjścia, które nam przedstawiono:
- podanie sterydów, które były ostatnim lekiem, który mógł pomóc
- operacja, bardzo kosztowna
- usypianie!

Kiedy to usłyszałam, nie mogłam powstrzymać się od płaczu - kiedy doktor zaczęła opisywać mi wszystkie etapy, na czym polegają i ile będą kosztować.

Pani Doktor postanowiła dać jej sterydy, i poczekać do rana "czy zaczną działać". Cleo została w szpitalu a my jeździliśmy po głównych aptekach w Lublinie w poszukiwaniu leku! Że był to weekend w żadnej go nie dostaliśmy! I znowu pod górkę! Wyobraźcie sobie jak się czułam! W centrum podali jej inny steryd, który obecnie mieli, ale oczywiście słabszy, ponieważ za tym najsilniejszym jeździliśmy i nic z tego nie wyszło. Działanie sterydu miało być dopiero widoczne rano. Całą noc nie spałam czekając na telefon od lekarzy. Przez noc także mieliśmy podjąć decyzję czy usypiamy ją czy poddajemy operacji w razie nie podziałania sterydów. Miałam już różne scenariusze w głowie, jak uspać swoją małą psinkę, która jest ze mną 24h, co sprzedać, aby mieć tylko tak duże pieniądze na operację oraz jej pobyt w szpitalu. Przepłakałam całą noc, ponieważ wiedziałam, że finansowo sama nie jestem w stanie sobie pomóc ani znaleźć rozwiązania.
Rano telefon i co usłyszałam??? Leki nie pomogły! Jak najszybciej muszą Państwo podjąć decyzję, ponieważ piesek bardzo cierpi... Cleo była już w takim stanie, że operacja mogła pomóc tylko, w 50% ponieważ nawet po niej mogła zostać, warzywkiem oraz musielibyśmy ją uspać!
Koszty operacji i tak musielibuśmy ponieść bez względu na rezultaty oraz powikłania po operacji.
Kolejną sprawą było to, że mogła być uczulona na leki, które podaje się podczas operacji i operacja nie doszłaby wtedy do skutku. Byłam wyczerpana, skołowana i w ogóle nie wiedziałam, co robić! Wybawicielem Cleo okazała się moja mama, która racjonalnie myśląc postanowiła sama podjąć decyzję i ratować psa. Po jej decyzji od razu przygotowywano ją do operacji, która miała trwać 4 godziny. Lekarz powiadomił nas, że jeżeli zadzwonią do nas w przeciągu najbliższych 2 godzin tzn., że piesek jest uczulony na leki i operacja nie może się odbyć. Te dwie godziny to była męczarnia, kiedy słyszałam telefon, który jak na złość cały czas dzwonił do mojego narzeczonego. Lekarze oczywiście kontaktowali się tylko z nim, ponieważ przez moje wybuchy płaczu i tak byśmy się nie dogadali. Na szczęście numeru ze szpitala nie widzieliśmy na wyświetlaczu telefonu, więc operacja doszła do skutku. Po południu zadzwonili do nas, że wszystko poszło sprawnie i bez komplikacji a piesek się wybudza. Nie wyobrazicie sobie mojej radości, kiedy w końcu zaczęło się układać wszystko po naszej myśli a nie na przekór! Przed samą operacją lekarzem prowadzącym został Doktor Łukasz Majcher, który codziennie dzwonił do nas zdając sprawozdanie z postępów, jakie robi Cleo w chodzeniu.


Cleo została w szpitalu jeszcze przez tydzień i odebraliśmy ja dopiero 9 marca około godziny 13. Przez ten czas, który spędziła w szpitalu mogłam ja odwiedzić, ale razem z lekarzem prowadzącym stwierdziliśmy ze lepiej sie jej nie pokazywać ze względu na silna więź, która nas łączy. Piesek mógłby zacząć sie wyrywać, skakać i to na pewno nie było by dobre w stanie, w którym była, a po za tym znowu czuła by sie zostawiona. 

Przy odbiorze, lekarz wytłumaczył nam wszystko - czyli jak mamy o nią dbać, na co pozwalać a na co nie. Musieliśmy kupić jej klatkę, aby siedziała w niej i jak najmniej chodziła, jedynie gdzie mogła chodzić o swoich siłach to był tylko jak najkrótszy spacer tylko po to, aby załatwiła swoje fizjologiczne potrzeby.  
Dostawała przez jakiś czas w domu tabletki oraz codziennie (trzy razy dziennie) musiałam masować jej łapkę, która jest do dzisiaj trochę bezwładna.
Na pieska do dzisiaj bardzo uważamy i nie pozwalamy jej ani skakać, ani biegać po schodach! Od tamtego czasu musiała sie także przyzwyczaić do tego ze nie można wskakiwać jej na krzesła, łóżka czy kanapy. Bardzo ciężko jej to przyszło, ponieważ całe swoje życie wskakiwała i robiła wszystko, co chciała a teraz wszystko jest dla niej niedozwolone. 
Przez mocne leki, które dostawała tyle czasu jest na diecie wątrobowej i dostaje karmę Royal Canin, Hepatic. 


Jeżeli, ktoś nie ma swojego zwierzęcia nigdy nie zrozumie, jak to jest, kiedy istnieje możliwość jego straty.
Kiedy taksówkarz zapytał sie mnie ile kosztuje taka operacja, stwierdził ze, po co mi to potrzebne, ze za takie pieniądze mogłabym kupić sobie drugiego psa i miałabym problem z glowy. Wyobraźcie sobie, jakim on musiał być człowiekiem, jeżeli tak bezprzedmiotowo traktuje zwierzęta! 

8 komentarzy:

  1. Ojej... Przeczytałam całą Twoją historię, choć do typowych miłośniczek psów nigdy nie należałam. Pierwsze zwierzątko które mam dopiero teraz w dorosłym życiu to kicia, która jest dla mnie najukochańsza! Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji i bardzo Ci współczuję, musiałaś mieć z tym dużo stresu i wydatków! Najważniejsze że pieska udało się uratować, życzę zdrówka dla pupila :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj próbuję sobie wyobrazić co przeżyłaś podczas tych wszystkich starań o piesia ! Ja silnie przeżyłam śmierć chomika [ nota bene uratowałam go przed śmiercią, bo kolega taty ma węże i akurat moja Rudzia była bezpłodna - więc stwierdził że pójdzie na pożarcie dla węża - więc ja ją wybrałam i uratowałam przed pożarciem ] . Zmarła mi ze starość ;[ płakałam niemiłosiernie , nawet zrobiłam jej grób :D Miałam dwa psy - ale jednego oddaliśmy jak byłam mała a drugiego oddaliśmy dziadkom bo czułby się bardzo samotnie gdyż w tym okresie ja bywałam dlugo w przedszkolu rodzice w pracy , szkoda nam było psiaka - więc wylądował u babuszki - i tak żył długo i szczęśliwie ;D poza tym miałam jeszcze papugę, świnkę morską , szczura ;D ha istny zwierzyniec ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutna historia, ale najważniejsze, że z Cleo wszystko już dobrze. Szkoda, że nie może już robić wszystkiego, ale wyobrażam sobie, jak się musiałaś czuć. Ja swojego pupila straciłam dwa miesiące temu, został tak mocno pobity, że musiałyśmy go uśpić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Great Post.
    You are having really Lovely Blog. Keep visiting my blog. I will too. Dear
    Dear, I am following your lovely blog. Hope you will follow back. xxx
    my blog new post up, click it & comment

    OdpowiedzUsuń
  5. Biedny piesio! też mam maltańczyka i zawsze się martwię jak coś mu dolega!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojej, gdyby nie to że siedzę teraz w pracy to pewnie bym się poryczałam, bo już mam łzy w oczach. Bardzo smutna historia, 3 lata temu byłam w podobnej sytuacji, kiedy mój pies zdychał mi na rękach ale jakimś cudem udało się go uratować a we wrześniu 2013 byłam świadkiem jak samochód potrącił i zabił moją kotkę:( takie chwile są bardzo ciężkie i wtedy doceniamy to co mamy. Pozdrawiam i trzymajcie się, jesteś bardzo dzielna i Twoj piesek tez :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam Twój post ze łzami w oczach... Przeszłam coś podobnego, po tyg.leczenia mojego ukochanego psiaka, musialam się z nim pozegnac... To bylo w kwietniu, a ja ciagle nie moge sie pozbierac... Leczyli go na oskrzela, bo kaslal a mial chore serce...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...