piątek, 30 stycznia 2015

Kosmetyczne HITY 2014! - Pielęgnacja


Cześć Dziewczyny!

Pewnie, jako ostatnia ze wszystkich przychodzę do Was z tego typu postem, ale jak się zwala mi na głowę to cała lista spraw i problemów! Nie dość, że zaczęłam nową pracę, która wymaga ode mnie dużego wysiłku umysłowego to jeszcze mamy okres sesji, w której mój "mały móżdżek" musi wykuć duże ilości informacji.... Zmęczona jestem jak cholera, ale kosmetyki, które właśnie dzisiaj Wam przedstawiam są kosmetykami najlepszymi w kategorii pielęgnacyjnej, które używałam i odkryłam w poprzednim roku. Prawdę mówiąc jak na nie patrzę to od razu poprawia mi się humor :) Post z produktami do makijażu wstawiłam już jakiś czas temu, więc jeżeli go przeczyłyście to zapraszam tutaj. 

Zaczynając od pielęgnacji twarzy i od pierwszego kroku pielęgnacji to w tym roku najlepszym żelem do mycia buzi okazał się bardzo tani, wydajny i mega pieniący się żel do mycia twarzy z Ziaji seria liście manuka. Nie dość, że ma pompkę, dzięki czemu bardzo wygodnie się go używa to dobrze oczyszcza twarz i nie pozostawia jej ściągniętej a do tego ładnie pachnie. Czy potrzebuję czegoś więcej za taką cenę??? Nie. 

Od czasu do czasu mojej cerze przydaje się oczyszczenie poprzez zastosowanie maseczki oczyszczającej, którą kupił mi mąż za granicą w sklepie Lush. Mask of Magnaminty jest chyba najlepszą oczyszczającą maską do tej pory, jaką stosowałam, ma najsilniejsze działanie, które widać po każdym zastosowaniu. Recenzja jest już w planach, więc za jakiś czas możecie się jej spodziewać na moim blogu. 

Codziennie pod makijaż stosuję serum rozjaśniające do twarzy z Biochemii Urody recenzja także się wkrótce pojawi. Także moje wielkie odkrycie!

Moja trądzikowa i dosyć często delikatnie przesuszona twarz potrzebuje nawilżenia a najlepszym nawilżaczem podczas miesięcy letnich okazał się Żel aloesowy z Gorvity zaś zimą jest trochę za słaby, z tego względu, że podczas zimowych miesięcy używam bardziej wysuszających produktów do twarzy a także temperatura, jaką mamy na zewnątrz a także w pomieszczeniach wpływa na nią zdecydowanie mocniej wysuszająco i żel już nie sprawdza się tak znakomicie i wtedy do działania wkracza mega nawilżający i łagodzący podrażnienia krem Cicalfate z Avene. Przede wszystkim nie zapycha, czego ja się najbardziej boje w takich mocno nawilżających i natłuszczających kremach do twarzy. Już po jednym zastosowaniu na noc widzę dużą różnicę na buzi. Nie jest to krem, który mogę stosować pod makijaż jest zdecydowanie za tłusty w swojej konsystencji. Więcej tutaj

Najczęściej właśnie pod ten krem Cicalfate, co drugi dzień stosuję tonik z kwasem BHA 2% z Biochemii Urody, jego recenzję także za jakiś czas na pewno zamieszczę, ponieważ jest jak najbardziej tego warty. Przy częstym stosowaniu może spowodować spustoszenie na naszej twarzy, przeogromne wysuszenie, pieczenie, ściągnięcie i złuszczenie naskórka, ale stosowany, co drugi dzień bądź, co trzeci sprawdza się fantastycznie. Twarz stała się bardziej promienna, rozjaśnił delikatnie przebarwienia potrądzikowe oraz zminimalizować ilość wągrów na twarzy oraz na nosie. 

Najlepszym nawilżaczem do ust okazał się balsam do ust Tisane. Stosuję go codziennie na noc dzięki niemu usta mam codziennie w dobrej kondycji mimo tego, że w ciągu dnia chodzę oblizuję je jak szalona i już koło godziny 15 wyczuwam delikatne pieczenie a przed snem już czuję wysuszenie, rano już wszystko mija i tak w kółko ;) Godne polecenia są także masełka Nivea!

Przechodząc już do włosów szamponem oraz maską, które mogę Wam fizycznie pokazać są produkty Love2Mix Organic, produkty z efektem laminowania. Włosy po nich są lepiej dociążone, wygładzone i proste niż po innych produktach, które miałam. Nawilżenie utrzymuje się prawie do następnego mycia. Zazwyczaj już drugiego dnia po umyciu moje końcówki stają się napuszone, po zastosowaniu tych produktów efekt jest mniej drastyczny ;) Włosy dobrze się rozczesują, nie są przetłuszczone i obciążone mimo tego nawilżenia, jakie dają produkty. Szampon dobrze myje włosy nawet z olei, dobrze się pieni mimo tego, że jest to produkt, który nie zawiera SLS. 

Maska, o której wspomniałam wyżej jest przeze mnie oceniona na 5 zaś maska, którą zrecenzowałam tutaj okazała się maską roku!! Planeta Organica Morze Martwe pobudzająca wzrost włosów, do pobudzenia wzrostu i do zagęszczenia naszych włosów polecić Wam mogę maskę Drożdżową Babuszki Agaffi - mam już drugie opakowanie. 

Batiste! Mega odkrycie, bez którego nie mogę praktycznie żyć! Moje włosy bardzo szybko się przetłuszczają, czasami wyglądają tak źle, że musiałabym je myć codziennie, dzięki temu szamponowi nie muszę wstawać prawie godzinę wcześniej. Oczywiście jest to produkt to stosowania sporadycznego! 

Antyperspirant z Vichy, nie spodziewałam się tego, że będzie on taki dobry! Na pewno kupię go ponownie i tyle w temacie antyperspirantu ;) 

Do pielęgnacji ciała największym odkryciem okazał się peeling ze Starej Mydlarni, więcej tutaj.



Podzielcie się swoimi ulubieńcami! :)))

czwartek, 22 stycznia 2015

Warszawski shopping! ;) Wyprzedaże

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam moje zakupy wyprzedażowe, które poczyniłam w Warszawie. Na samą myśl, że mam okazję jechać do stolicy na zakupy aż przechodzą mnie ciarki i godzinami myślę, co kupię, gdzie pójdę i co mi jest potrzebne (moim zdaniem, co jest potrzebne, często po fazie ekscytacji zakupami dochodzi do mnie, że mogłam jeszcze z tym zakupem poczekać). Do wielu sklepów, które mogę odwiedzić w galeriach Warszawskich na moim Podlasiu nie mam dostępu stacjonarnego i w związku z tym staram się ten wyjazd jak najbardziej wykorzystać. Tym razem już nie szalałam w Bath&BodyWorks, z tego względu, że świeczka, którą wcześniej kupiłam trochę mnie rozczarowała, ale o tym wam jeszcze na pewno wspomnę a mgiełki, które kupiłam są tak niesamowicie wydajne, że starczą mi jeszcze na pewno do wakacji, więc do tego sklepu na pewno skoczę na zakupy wiosną bądź latem przy mojej następnej wizycie, którą w tych miesiącach ciepłych już planuję. Odwiedziłam Maca, wypróbowałam kilka kosmetyków na sobie, po czym chciałam je kupić a tutaj wielki szok! ponieważ w szufladach już ich nie było a do sklepu jeszcze nie dotarły kosmetyki po świątecznych pustkach... rozczarowana wyszłam bez niczego, ale za to pieniążki te mogłam przeznaczyć na ubrania, które kupiłam po bardzo fajnych cenach. A więc jedynym przystankiem kosmetycznym gdzie wyjęłam kartę płatniczą był sklep The Body Shop, którego także bardzo lubię a tam sprawiłam sobie masło do ciała, krem do rąk oraz masełko do ust. Jak na ten sklep przystało wszystko ładnie pachnie i super nawilża. 


Trochę pomierzyłam, poprzebierałam i znalazłam dwie rzeczy, które wcześniej oglądałam, ale ze względu na cenę cały czas odkładałam zakupy a tutaj patrzę na metkę.... - cena super.... - biorę! A więc kupiłam biały sweterek, nie wiem jak go opisać... czy jest to "ala kardigan" czy "ala ponczo" same go sobie nazwijcie. Jest cieplutki i fajnie sam się układa na osobie, nie muszę go non stop poprawiać jak często może się zdarzać przy tego typu swetrach. Zaopatrzyłam się także w czarne, bardzo wygodne spodnie, które długością w końcu na mnie pasują. Pewnie myślicie, o czym ja mówię, ale tak, często, kiedy mierzę spodnie w sklepie są one wszystkie na mnie za krótkie. Latem jak najbardziej lubię nosić spodnie, które długością sięgają do kostek zaś zimą w zupełności mi to nie odpowiada! W sklepie Stradivarius kupiłam kurtkę beżową ze wstawkami misiowatymi i skórzanymi, mierzyłam ją wcześniej zaś kosztowała 249 złotych, teraz po przecenie 149złotych - od dawna chciałam mieć taką kurtkę przejściową, ponieważ każdą, którą mam teraz jest albo za gruba albo za cienka na niektóre miesiące w naszym roku. W tym też sklepie znalazłam sukienkę, na zdjęciu nie wygląda jakoś fenomenalnie, ale w rzeczywistości jest na prawdę bardzo ładna i dziewczęca, cena 59 złotych. Sukienka biała w małe czarne serduszka, na dekoldzie dwa paski materiału, które możemy zawiązać w kokardkę. Od około trzech miesięcy myślałam o zakupie różowego płaszczyka, zaś, kiedy już znalazłam kosztował majątek, aż 350 złotych! Szukałam w innych sklepach zaś ceny także krążyły wokół podobnej kwoty. Mój wypatrzony płaszczyk czekał na mnie w sklepie Bershka, mierzyłam go kilka razy zaś cały czas jego cena stała w miejscu, Podczas pierwszego tygodnia przecen widziałam go za 299 złotych, później 239 złotych zaś podczas kolejnej wizyty w tym sklepie na metce widniała cena 139 złotych!! Nie czekałam już dłużej, kupiłam. Do płaszcza postanowiłam wybrać sobie jakiś szal czy szalik, więc poszłam do Zary i kupiłam właśnie taki, jaki widzicie na zdjęciu z płaszczem, jest to gruby kocowaty szalik, kosztował 69 złotych. Wyprzedaże zimowe bardzo mnie zaskoczyły nie dość, że ceny były fajne to i wiele innych rzeczy mi się także podobało, które chciałabym mieć, ale musiałam się ogarnąć i wybrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. W najbliższym miesiącu a może nawet i dwóch raczej już nic nie wpadnie w moje ręce a jeżeli coś kupię to będą to na pewno pojedyncze rzeczy, które z pewnością pokażę Wam na moim Instagramie, więc tam Was serdecznie zapraszam. 


A wy co ciekawego kupiłyście na wyprzedażach??? :)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Konkurs z CelluBlue!!


Cześć Dziewczyny!!


Razem z Cellu Blue organizujemy konkurs/rozdanie w którym możecie wygrać antycellulitowy kubeczek masujący.
 Zapraszam Was do wzięcia udziału!
 Konkurs odbywa się na Facebook-u! 


Co musicie zrobić??? 

- Polubienie fanpage, justeMoiS


- Polubienie fanpage Cellu Blue

- Udostępnienie informacji/wpisu o konkursie, na Facebook 

- W komentarzu pozostawicie informacje o spełnieniu wszystkich warunków



Konkurs trwa od 19.01 – 1.02 do godziny 23.59. Zwycięzcę podamy 2.02.2015 r. 


Powodzenia Kochani!



czwartek, 15 stycznia 2015

Kosmetyczne HITY 2014! - Makijaż


Cześć!

Dzisiaj post, który na moim blogu trochę się opóźnił, ale mam nadzieję że z ciekawością dowiecie się jakie perełki odkryłam w roku 2014 a wspomnę że kosmetycznie był to bardzo owocny czas. Trafiłam na wiele ciekawych i dobrze sprawdzających się kosmetyków pielęgnacyjnych jak i makijażowych, kolorowych i w związku z tym przygotowują się do robienia zdjęć na bloga miałam wielki problem aby wybrać nie za dużo produktów i nie zawalić zdjęciami całą moją toaletkę. Mimo moich starań i tak muszę podzielić moich ulubieńców na dwa posty i dzisiaj jako pierwszy pojawia się post z makijażowymi hitami!

  • Cienie do powiek, moja kolekcja paletek z cieniami powiększyła się w tym roku w stopniu nawet mnie zaskakującym i jak na moje potrzeby wydaje mi się teraz, że jest ich za dużo zaś i tak marzę jeszcze o dwóch, które w przyszłości będę musiała wypróbować. Ach... A więc moją ulubioną paletką stała się NUDE tude z The Balm! W roku 2013 pokazałam Wam Naked 2 i dalej ją lubię i używam zaś w tym poście chciałam Wam pokazać już nowe produkty, aby się nie powtarzać. Pamiętajcie wszystkie produkty z ulubieńców 2013 dalej używam i bardzo lubię. Powracając do NUDE tude to paletka ma piękne, nasycone i  napigmentowane dobrze kolory. Nie utleniają się, nie zmieniają koloru i nie bladną na powiece po kilku godzinach noszenia. Moja powieka jest bardzo tłusta i wiele cieni do powiek bez bazy oraz mocnego przypudrowania nie utrzymują się na niej, zaś te nawet stosowane bez bazy utrzymują się około 6 godzin i wyglądają tak jak na początku. Po zastosowaniu bazy mam około 12 godzin spokoju i wiem, że mogę im zaufać. Paletka bardzo spodobała się mojej mamie, więc na Święta Bożego Narodzenia kupiłam jej ją na prezent i także ona może teraz się nią cieszyć. Cienie są bardzo sypkie, i po spotkaniu z pędzelkiem kruszą się trochę w opakowaniu i niestety mam wrażenie, że nie będą wydajne i w porównaniu do innych cieni skończą mi się o wiele szybciej. 
  • Bronzery, nie mogłam wybrać, ponieważ oba produkty są godne polecenia i znane pewnie przez wszystkich, a mowa o Hoola z Benefit,  którego używam zimą, podczas miesięcy, kiedy moja twarz staje się jasna bez jakiegokolwiek śladu opalenizny, ponieważ jest delikatniejszy i jaśniejszy od drugiego mojego ulubieńca, czyli Bahama Mama z The Balm, który wchodzi w moje życie makijażowe w miesiącach letnich, ciepłych. Bronzer The Balm ma dużo ciemniejszy kolor i w związku z tym podczas aplikacji musimy bardziej uważać niż przy Hoola. Oba produkty są wydajne, dobrze napigmentowane, nie ma problemu z ich roztarciem po wcześniejszym dobrym przypudrowaniu twarzy. A pudełeczka w obu są przepiękne!! 
  • Kolejny produkt z The Balm, czyli rozświetlacz Mary- Lou Manizer, jak same możecie zauważyć firma ta w moich przypadku bardzo dobrze się sprawdza i w tym przypadku cena idzie równo, z jakością! Produkty są drogie, ale jak najbardziej warte są swojej ceny. Rozświetlacz używam już półtora roku a nie widać po nim prawie wcale śladów zużycia. Na kościach policzkowych zostawia piękną taflę koloru i rozświetlenia, przypuszczam, że przez najbliższe lata nie będę potrzebowała produktu tego typu ze względu na jego wydajność i efekt, jaki daje na buzi. Kilka miesięcy po zakupie spadł mi na kafelki w łazience, a podnosząc go dosłownie modliłam się, aby nic mu się nie stało, niestety nie obeszło się bez niczego, ponieważ pudełko mi się połamało i rozdzieliła mi się jedna strona pudełeczka od drugiej i w związku z tym nie mogę go zabierać w podróże. 
  • A teraz przyszedł czas na róż i jak mogliście zobaczyć wcześniej jest to piękny delikatny i pasujący moim zdaniem do wszystkich karnacji róż z firmy Mac o kolorze, Well dressed. Utrzymuje się cały dzień, pięknie wygląda na buzi, po kilku miesięcznym używaniu nie widać dużego ubytku produktu. 
  • Benefit, The porefessional baza pod makijaż, która używana była przez mnie jedynie na wielkie wyjścia bądź w dni, kiedy miałam mieć na sobie makijaż ponad 10 godzin. Baza nie dość, że delikatnie kamufluje moje wielkie rozszerzone pory to jeszcze hamuje wydzielanie sebum. 
  • Podkłady, w tym roku znalazłam podkłady wręcz idealne Mac Studio Fix oraz Bobbi Brown Long-Wear Even Finish (recenzja tutaj i tutaj
  • Korektor Mac Pro longwear concealer, stosuję go pod oczy jak i na wszelkie niedoskonałości czy przebarwienia skóry. Idealnie stapia się z podkładem, nie odcina się, nie odznacza, doskonale kryje i mimo tego, że jest dosyć gęsty i długo trwały nie wysusza mi okolic pod oczami. Jedyną wadą tego produkty a dokładnie to opakowania jest jego pompka, która wydobywa za dużo produktu i niestety trochę się go nam marnuje. 
  • Pudry Paese bambusowy i Mac Studio Fix (recenzja tutaj i tutaj
  • Żel do brwi Catrice, kosztuje około 13 złotych i starcza mi na ponad pół roku przy codziennym stosowaniu i taki produkt w zupełności mi wystarczy! Włoski na moich brwiach uwielbiają zmieniać swoje położenie bardzo często w ciągu dnia a żel ten w zupełności wystarczy, aby je ujarzmić i aby zostały przez cały dzień na tym miejscu, w jakim ułożę je rano przy makijażu. 
  • Gąbeczki do makijażu Beauty Blender, Real Techniques oraz GlamSponge - nie wyobrażam sobie innej aplikacji podkładu, na zdjęciu są brudne z tego względu, że codziennie są stosowane zamiennie a nie miałam czasu, aby lecieć i myć je do zdjęć, więc wybaczcie ;) (recenzja tutaj)

czwartek, 8 stycznia 2015

Pudry Paese - bambusowy i ryżowy, porównanie


Dawno mnie nie było ale święta, sylwester i małe problemy rodzinne pochłonęły całkowicie mój wolny czas, nie zdążyłam do końca przygotować wszystkiego co bym chciała więc dzisiaj mam dla Was porównanie dwóch dosyć popularnych sypkich pudrów do twarzy z firmy Paese! Za jakiś czas możecie spodziewać się ulubieńców roku 2014 i tam moje totalne perełki. Przechodząc do głównego temu postu do pudry Paese nie są jedynymi, które aktualnie mam w swojej toaletce, ale już na początku tego postu mogę Wam szczerze powiedzieć, że są na prawdę godne przetestowania a może i nawet powrotu do nich i zakupienie kolejnych opakowań. Pierwszym z nich, o którym usłyszałam był puder ryżowy, pytałam i specjalnie chodziłam do jednej z osiedlowych drogerii z tego względu, że tylko tam w mojej okolicy mogłam znaleźć produkty Paese, niestety przy każdym moim przelotnym wejściu nie było ani jednego ani drugiego. Pewnego razu zaś, kiedy już na siłę potrzebowałam pudru i wzięłabym jakikolwiek tylko bym tam znalazła, trochę mi się poszczęściło i akurat trafiłam na ostatnią sztukę bambusowego, więc nie było innego wyjścia tylko szybko go kupić i używać. Dopiero po kilku miesiącach od zakupu tego pierwszego udałam się do tej drogerii i o dziwo zobaczyłam na półce, że jest dostępny ryżowy, więc mimo tego, że miałam jeszcze produktów tego typu pod dostatkiem postanowiłam go kupić, ponieważ drugiej takiej okazji mogłam już nie mieć przez następne kilka tygodni ;) Obecnie pudru bambusowego mam już nie wiele i pozostało mi go dosłownie na kilka aplikacji zaś ryżowego zostało mi 3/4 opakowania. Więc dopóki mam je jeszcze oba na stanie szybko zabrałam się za to, aby trochę o nich Wam wspomnieć. 


W takim razie przejdę może na początku do spraw związanych z opakowaniem, które w obu produktach już się różnią z tego względu, że na przełomie tych kilku miesięcy, w których już go nie poszukiwałam tak szaleńczo i intensywnie używałam jego brata zostało zmienione opakowanie, na szczęście na dużo lepsze. Wizualnie stare opakowanie jest całościowo bardziej okrągłe i jest wykonane z dużo cieńszego i gorszego jakościowo plastiku zaś aktualne jest trwalsze, grubsze i tylko po trzymaniu go w dłoniach czuć, że nie jest to byle, jaki produkt, który po upadku może się połamać i cała jego zawartość skończy na podłodze a później w odkurzaczu ;) Różnicę wizualną możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Puszek zaś, który dodają do swoich pudrów nie zmienił się, a szkoda, ponieważ nie lubię go używać i nie jest on godny uwagi. Najlepsze puszki, które do tej pory miałam to te, które możemy dostać w Inglocie oraz perfumerii Sephora. Puszek Paese jest cienki i zbity a aplikując nim puder bardzo łatwo można uzyskać przesadzony efekt, czyli mega pudrowość aż do efektu cake, który jest mega obleśny! A po za tym, jeżeli by jakimś dziwnym trafem mi się sprawdził, przeżyłby tylko do pierwszego mycia z tego względu, że pewnie by się porwał. Więc jeden i drugi poszedł od razu w odstawkę. Zapomniałam wspomnieć o bardzo ważnej kwestii dotyczącej opakowania a dokładnie chodzi o jego użyteczność podczas podróży i porządku, jaki za tym idzie. Stare opakowanie posiada w środku tylko dosyć duże dziurki, które podczas noszenia opakowania  np. w torebce, sprawia, że cała zawartość wysypuje się do wieczka, po czym kiedy otwieramy duża ilość produktu wysypuje się i lata w powietrzu. Nie dość, że marnujemy produkt to jeszcze brudzimy sobie nie raz ubranie, ponieważ cały pył osiada na naszych spodniach bluzce bądź meblach. Nowe opakowanie zostało unowocześnione, i dodali do niego plastikową ochronę, która po przekręceniu zamyka bądź otwiera dziurki, przez, które wydobywamy produkt. Jest to mega pomysł ze strony firmy i kiedy otworzyłam po raz pierwszy nowe opakowanie byłam mile zaskoczona, już teraz nie ma mowy o jakiejkolwiek chmurze wywołanej po otwarciu pudru. Ze starym opakowaniem poradziłam sobie i tak, ponieważ nie nawidziłam takich niespodzianek po otwarciu, więc cały czas w środku opakowania znajdował się puszek z Sephora, który jest dosyć szeroki i po zamknięciu opakowania nie przesuwał się z tych małych otworków, co nie powodowało wydobywania się produktu do wieczka. Od razu wspomnę, że nie był to puszek, którego używałam, był cały czas czysty i świerzy puszek, którego wyjmowałam z pudełka jedynie podczas pobierania z niego pudru. Oba pudry są miałkie i mega zmielone i coś mi sie wydaje, że są to najbardziej zmielone pudry, jakie do tej pory miałam. Ale pod palcami i tak wydaje mi się, że puder ryżowy jest trochę delikatniejszy i podobny jest to pudru z Makeup Forever HD, nie miałam go jeszcze, ale bardzo chciałabym kiedyś go kupić, więc nie raz w perfumerii Sephora podchodziłam do niego macałam i dotykałam ;) 
Po kilkunastu dniach używania przy różnych podkładach i kremach wiem, już, czym różnią się oba te produkty. A więc zacznę od mojego już zdenkowanego, czyli pudru bambusowego. Jest on jak już wyżej wspomniałam mniej zmielony, nakładając go na twarz mamy efekt matowy, ale po kilku minutach staje sie on satynowy i wtapia się idealnie w skórę nie widać efektu pudrowości jedynie przez pierwszych kilka minut. Puder ryżowy zaś jest mega miałki i delikatny, dużo mniej go trzeba, aby uzyskać mat na twarzy, więc tym bardziej trzeba z nim uważać, ponieważ łatwo możemy tą twarz zamienić w sztuczną matową maskę i nie wygląda to moim zdaniem ładnie, wolę naturalniejszy efekt, dlatego będzie on jeszcze bardziej wydajny niż bambusowy, bo jego trzeba dosłownie połowę tego, co wcześniejszego. Mimo tego, że nakładam go mniej, mat jest dużo bardziej widoczny i dłużej się utrzymuje na twarzy, więc naturalny delikatny efekt matowy uzyskujemy po około godzinie od aplikacji, tak samo ładnie się wtapia i wygląda wtedy super! Podsumowując uważam, że puder ryżowy ze względu na jego dużo lepsze właściwości "matowe" będzie idealnym pudrem letnim, zaś bambusowy na zimę. Moja skóra podczas letnich miesięcy strasznie się błyszczy, zresztą jak u wszystkich a bambusowy nie dawał do końca sobie z nią rady na dystansie kilku godzin, zaś, kiedy kupiłam i użyłam kilkakrotnie ryżowego już pod koniec tych upałów sebum nie wychodziłam tak mocno na wierzch przez kilka godzin, a poprawki także musiałam robić rzadziej niż przy bambusowym. W moje toaletce mam jeszcze trzy opakowania innych pudrów i już wiem, że będą słabsze i bardziej satynowe, więc idealnie mi się sprawdzą na zimę, zaś puder ryżowy schowam i będę czekała na jego używanie podczas następnych wakacji. Na szczęście ma długi okres ważności, bo aż 24 miesiące, więc bez problemu może sobie grzecznie leżeć i czekać.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...