Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 kwietnia 2015

Pierre Rene - Skin Balance podkład!

Cześć Dziewczyny!!

Dawno nie było recenzji jakiegoś podkładu, więc dzisiaj przychodzę do Was z produktem z niższej półki a dokładnie z podkładem marki Pierre Rene - Skin Balance. Podkład wychwalany i polecany ze względu na jego wysokie krycie oraz niską cenę. Jak to ze mną bywa produkty właśnie tego typu, które u reszty osób sprawdzają się super i są na językach całej blogosfery u mnie wywołują całkiem inne emocje i działanie. Producenta jak zwykle poniosło i kupując możemy przeczytać o wielu jego zaletach zaś moim zdaniem żadna do niego nie pasuje ;)


Opakowanie dosyć ładne i estetyczne. Wielkim plusem jest oczywiście dobrze działająca pompka, która już po jednym naciśnięciu wydobywa odpowiednią ilość produktu. Szklane, wykonane z grubego szkła  i niestety przez to trochę ciężkie, co nie jest dobre podczas podróżowania, zaś jestem pewna, że nawet po upadku na ziemię raczej ciężko by było, aby się zbiło.
Cena także przystępna, jeżeli tylko sprawdziłby mi się i mogłabym używać go codziennie do pracy tak jak zamierzałam, niestety po jakimś miesiącu używania i testowania w różny sposób miałam już dosyć eksperymentowania i zmieniania to pudru to kremu i dogadzania mu, aby tylko się sprawdził i skończyć go do samego końca.  Wydziwianie z nim nie wyszło mi, więc będę musiała się go pozbyć. Już od pierwszego użycia nie podpasował mi pod względem koloru z tego względu, że wpada w różowe tony, co przy mojej dosyć żółtawej karnacji bardzo było widać i odznaczało się, kiedy nie rozsmarowałam go delikatnie na szyi, efekt maxymalnego odznaczenia delikatnie znikał zaś tylko delikatnie. Jak z naszymi drogeriami wiadomo, mimo że sprawdzałam go z innymi podkładami oraz nakładałam na szyję nie było widać jego świnkowych tonów. Co do konsystencji to jest bardzo gęsty i kilka minut po aplikacji bardzo widoczny, po przypudrowaniu go, tworzy maskę zaś kilka minut później scala się ładnie ze skórą, ale i tak nie jest to efekt, którego oczekuję. Wiem, wiem jest to podkład "mocno kryjący" (mimo to ja tak nie myślę), mimo to nie powinien aż tak się odznaczać, mam porównaniu z innymi tego typu produktami. Przez pierwsze 4 godziny wygląda na skórze bardzo ładnie... A później zaczyna się już cyrk na twarzy. Podkład masakrycznie się waży i świeci na skórze, w ogóle nie matuje jej na dłuższy czas. Widać go już z kilometra... ;) Nie ważne, czym go nałożę, czy pędzlem, czy palcami, mokrą gąbeczką a nawet oryginalnym Beauty Blenderem i tak efekt jest taki sam. Bardzo chciałam go zużyć, bo nawet tych 20 zł, które kosztuje szkoda mi było i zaplanowałam go używać, na co dzień do pracy zaś nie jestem w stanie z nim walczyć i denerwować się po każdym przyjściu do domu - patrząc w lusterko! Czy mocno kryje??? Nie sądzę! Miałam już w swojej karierze podkładowej kilka podkładów mocno kryjących i on wypada dosyć blado w porównaniu do pozostałych. Moim zdaniem, aby zakrył w takim stopniu, w jakim oczekuję musiałabym go nałożyć dużo za dużo, tamtych wystarczyła odrobina ;) 
Przy dłuższym stosowaniu zauważyłam, że mnie delikatnie zapycha, więc jest to kolejny dosyć mocny minus na jego koncie abym go dalej używałam. 


Podsumowując nie sprawdził mi się w ogóle, więc nigdy więcej już na niego nie spojrzę. 


czwartek, 15 stycznia 2015

Kosmetyczne HITY 2014! - Makijaż


Cześć!

Dzisiaj post, który na moim blogu trochę się opóźnił, ale mam nadzieję że z ciekawością dowiecie się jakie perełki odkryłam w roku 2014 a wspomnę że kosmetycznie był to bardzo owocny czas. Trafiłam na wiele ciekawych i dobrze sprawdzających się kosmetyków pielęgnacyjnych jak i makijażowych, kolorowych i w związku z tym przygotowują się do robienia zdjęć na bloga miałam wielki problem aby wybrać nie za dużo produktów i nie zawalić zdjęciami całą moją toaletkę. Mimo moich starań i tak muszę podzielić moich ulubieńców na dwa posty i dzisiaj jako pierwszy pojawia się post z makijażowymi hitami!

  • Cienie do powiek, moja kolekcja paletek z cieniami powiększyła się w tym roku w stopniu nawet mnie zaskakującym i jak na moje potrzeby wydaje mi się teraz, że jest ich za dużo zaś i tak marzę jeszcze o dwóch, które w przyszłości będę musiała wypróbować. Ach... A więc moją ulubioną paletką stała się NUDE tude z The Balm! W roku 2013 pokazałam Wam Naked 2 i dalej ją lubię i używam zaś w tym poście chciałam Wam pokazać już nowe produkty, aby się nie powtarzać. Pamiętajcie wszystkie produkty z ulubieńców 2013 dalej używam i bardzo lubię. Powracając do NUDE tude to paletka ma piękne, nasycone i  napigmentowane dobrze kolory. Nie utleniają się, nie zmieniają koloru i nie bladną na powiece po kilku godzinach noszenia. Moja powieka jest bardzo tłusta i wiele cieni do powiek bez bazy oraz mocnego przypudrowania nie utrzymują się na niej, zaś te nawet stosowane bez bazy utrzymują się około 6 godzin i wyglądają tak jak na początku. Po zastosowaniu bazy mam około 12 godzin spokoju i wiem, że mogę im zaufać. Paletka bardzo spodobała się mojej mamie, więc na Święta Bożego Narodzenia kupiłam jej ją na prezent i także ona może teraz się nią cieszyć. Cienie są bardzo sypkie, i po spotkaniu z pędzelkiem kruszą się trochę w opakowaniu i niestety mam wrażenie, że nie będą wydajne i w porównaniu do innych cieni skończą mi się o wiele szybciej. 
  • Bronzery, nie mogłam wybrać, ponieważ oba produkty są godne polecenia i znane pewnie przez wszystkich, a mowa o Hoola z Benefit,  którego używam zimą, podczas miesięcy, kiedy moja twarz staje się jasna bez jakiegokolwiek śladu opalenizny, ponieważ jest delikatniejszy i jaśniejszy od drugiego mojego ulubieńca, czyli Bahama Mama z The Balm, który wchodzi w moje życie makijażowe w miesiącach letnich, ciepłych. Bronzer The Balm ma dużo ciemniejszy kolor i w związku z tym podczas aplikacji musimy bardziej uważać niż przy Hoola. Oba produkty są wydajne, dobrze napigmentowane, nie ma problemu z ich roztarciem po wcześniejszym dobrym przypudrowaniu twarzy. A pudełeczka w obu są przepiękne!! 
  • Kolejny produkt z The Balm, czyli rozświetlacz Mary- Lou Manizer, jak same możecie zauważyć firma ta w moich przypadku bardzo dobrze się sprawdza i w tym przypadku cena idzie równo, z jakością! Produkty są drogie, ale jak najbardziej warte są swojej ceny. Rozświetlacz używam już półtora roku a nie widać po nim prawie wcale śladów zużycia. Na kościach policzkowych zostawia piękną taflę koloru i rozświetlenia, przypuszczam, że przez najbliższe lata nie będę potrzebowała produktu tego typu ze względu na jego wydajność i efekt, jaki daje na buzi. Kilka miesięcy po zakupie spadł mi na kafelki w łazience, a podnosząc go dosłownie modliłam się, aby nic mu się nie stało, niestety nie obeszło się bez niczego, ponieważ pudełko mi się połamało i rozdzieliła mi się jedna strona pudełeczka od drugiej i w związku z tym nie mogę go zabierać w podróże. 
  • A teraz przyszedł czas na róż i jak mogliście zobaczyć wcześniej jest to piękny delikatny i pasujący moim zdaniem do wszystkich karnacji róż z firmy Mac o kolorze, Well dressed. Utrzymuje się cały dzień, pięknie wygląda na buzi, po kilku miesięcznym używaniu nie widać dużego ubytku produktu. 
  • Benefit, The porefessional baza pod makijaż, która używana była przez mnie jedynie na wielkie wyjścia bądź w dni, kiedy miałam mieć na sobie makijaż ponad 10 godzin. Baza nie dość, że delikatnie kamufluje moje wielkie rozszerzone pory to jeszcze hamuje wydzielanie sebum. 
  • Podkłady, w tym roku znalazłam podkłady wręcz idealne Mac Studio Fix oraz Bobbi Brown Long-Wear Even Finish (recenzja tutaj i tutaj
  • Korektor Mac Pro longwear concealer, stosuję go pod oczy jak i na wszelkie niedoskonałości czy przebarwienia skóry. Idealnie stapia się z podkładem, nie odcina się, nie odznacza, doskonale kryje i mimo tego, że jest dosyć gęsty i długo trwały nie wysusza mi okolic pod oczami. Jedyną wadą tego produkty a dokładnie to opakowania jest jego pompka, która wydobywa za dużo produktu i niestety trochę się go nam marnuje. 
  • Pudry Paese bambusowy i Mac Studio Fix (recenzja tutaj i tutaj
  • Żel do brwi Catrice, kosztuje około 13 złotych i starcza mi na ponad pół roku przy codziennym stosowaniu i taki produkt w zupełności mi wystarczy! Włoski na moich brwiach uwielbiają zmieniać swoje położenie bardzo często w ciągu dnia a żel ten w zupełności wystarczy, aby je ujarzmić i aby zostały przez cały dzień na tym miejscu, w jakim ułożę je rano przy makijażu. 
  • Gąbeczki do makijażu Beauty Blender, Real Techniques oraz GlamSponge - nie wyobrażam sobie innej aplikacji podkładu, na zdjęciu są brudne z tego względu, że codziennie są stosowane zamiennie a nie miałam czasu, aby lecieć i myć je do zdjęć, więc wybaczcie ;) (recenzja tutaj)

czwartek, 8 stycznia 2015

Pudry Paese - bambusowy i ryżowy, porównanie


Dawno mnie nie było ale święta, sylwester i małe problemy rodzinne pochłonęły całkowicie mój wolny czas, nie zdążyłam do końca przygotować wszystkiego co bym chciała więc dzisiaj mam dla Was porównanie dwóch dosyć popularnych sypkich pudrów do twarzy z firmy Paese! Za jakiś czas możecie spodziewać się ulubieńców roku 2014 i tam moje totalne perełki. Przechodząc do głównego temu postu do pudry Paese nie są jedynymi, które aktualnie mam w swojej toaletce, ale już na początku tego postu mogę Wam szczerze powiedzieć, że są na prawdę godne przetestowania a może i nawet powrotu do nich i zakupienie kolejnych opakowań. Pierwszym z nich, o którym usłyszałam był puder ryżowy, pytałam i specjalnie chodziłam do jednej z osiedlowych drogerii z tego względu, że tylko tam w mojej okolicy mogłam znaleźć produkty Paese, niestety przy każdym moim przelotnym wejściu nie było ani jednego ani drugiego. Pewnego razu zaś, kiedy już na siłę potrzebowałam pudru i wzięłabym jakikolwiek tylko bym tam znalazła, trochę mi się poszczęściło i akurat trafiłam na ostatnią sztukę bambusowego, więc nie było innego wyjścia tylko szybko go kupić i używać. Dopiero po kilku miesiącach od zakupu tego pierwszego udałam się do tej drogerii i o dziwo zobaczyłam na półce, że jest dostępny ryżowy, więc mimo tego, że miałam jeszcze produktów tego typu pod dostatkiem postanowiłam go kupić, ponieważ drugiej takiej okazji mogłam już nie mieć przez następne kilka tygodni ;) Obecnie pudru bambusowego mam już nie wiele i pozostało mi go dosłownie na kilka aplikacji zaś ryżowego zostało mi 3/4 opakowania. Więc dopóki mam je jeszcze oba na stanie szybko zabrałam się za to, aby trochę o nich Wam wspomnieć. 


W takim razie przejdę może na początku do spraw związanych z opakowaniem, które w obu produktach już się różnią z tego względu, że na przełomie tych kilku miesięcy, w których już go nie poszukiwałam tak szaleńczo i intensywnie używałam jego brata zostało zmienione opakowanie, na szczęście na dużo lepsze. Wizualnie stare opakowanie jest całościowo bardziej okrągłe i jest wykonane z dużo cieńszego i gorszego jakościowo plastiku zaś aktualne jest trwalsze, grubsze i tylko po trzymaniu go w dłoniach czuć, że nie jest to byle, jaki produkt, który po upadku może się połamać i cała jego zawartość skończy na podłodze a później w odkurzaczu ;) Różnicę wizualną możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Puszek zaś, który dodają do swoich pudrów nie zmienił się, a szkoda, ponieważ nie lubię go używać i nie jest on godny uwagi. Najlepsze puszki, które do tej pory miałam to te, które możemy dostać w Inglocie oraz perfumerii Sephora. Puszek Paese jest cienki i zbity a aplikując nim puder bardzo łatwo można uzyskać przesadzony efekt, czyli mega pudrowość aż do efektu cake, który jest mega obleśny! A po za tym, jeżeli by jakimś dziwnym trafem mi się sprawdził, przeżyłby tylko do pierwszego mycia z tego względu, że pewnie by się porwał. Więc jeden i drugi poszedł od razu w odstawkę. Zapomniałam wspomnieć o bardzo ważnej kwestii dotyczącej opakowania a dokładnie chodzi o jego użyteczność podczas podróży i porządku, jaki za tym idzie. Stare opakowanie posiada w środku tylko dosyć duże dziurki, które podczas noszenia opakowania  np. w torebce, sprawia, że cała zawartość wysypuje się do wieczka, po czym kiedy otwieramy duża ilość produktu wysypuje się i lata w powietrzu. Nie dość, że marnujemy produkt to jeszcze brudzimy sobie nie raz ubranie, ponieważ cały pył osiada na naszych spodniach bluzce bądź meblach. Nowe opakowanie zostało unowocześnione, i dodali do niego plastikową ochronę, która po przekręceniu zamyka bądź otwiera dziurki, przez, które wydobywamy produkt. Jest to mega pomysł ze strony firmy i kiedy otworzyłam po raz pierwszy nowe opakowanie byłam mile zaskoczona, już teraz nie ma mowy o jakiejkolwiek chmurze wywołanej po otwarciu pudru. Ze starym opakowaniem poradziłam sobie i tak, ponieważ nie nawidziłam takich niespodzianek po otwarciu, więc cały czas w środku opakowania znajdował się puszek z Sephora, który jest dosyć szeroki i po zamknięciu opakowania nie przesuwał się z tych małych otworków, co nie powodowało wydobywania się produktu do wieczka. Od razu wspomnę, że nie był to puszek, którego używałam, był cały czas czysty i świerzy puszek, którego wyjmowałam z pudełka jedynie podczas pobierania z niego pudru. Oba pudry są miałkie i mega zmielone i coś mi sie wydaje, że są to najbardziej zmielone pudry, jakie do tej pory miałam. Ale pod palcami i tak wydaje mi się, że puder ryżowy jest trochę delikatniejszy i podobny jest to pudru z Makeup Forever HD, nie miałam go jeszcze, ale bardzo chciałabym kiedyś go kupić, więc nie raz w perfumerii Sephora podchodziłam do niego macałam i dotykałam ;) 
Po kilkunastu dniach używania przy różnych podkładach i kremach wiem, już, czym różnią się oba te produkty. A więc zacznę od mojego już zdenkowanego, czyli pudru bambusowego. Jest on jak już wyżej wspomniałam mniej zmielony, nakładając go na twarz mamy efekt matowy, ale po kilku minutach staje sie on satynowy i wtapia się idealnie w skórę nie widać efektu pudrowości jedynie przez pierwszych kilka minut. Puder ryżowy zaś jest mega miałki i delikatny, dużo mniej go trzeba, aby uzyskać mat na twarzy, więc tym bardziej trzeba z nim uważać, ponieważ łatwo możemy tą twarz zamienić w sztuczną matową maskę i nie wygląda to moim zdaniem ładnie, wolę naturalniejszy efekt, dlatego będzie on jeszcze bardziej wydajny niż bambusowy, bo jego trzeba dosłownie połowę tego, co wcześniejszego. Mimo tego, że nakładam go mniej, mat jest dużo bardziej widoczny i dłużej się utrzymuje na twarzy, więc naturalny delikatny efekt matowy uzyskujemy po około godzinie od aplikacji, tak samo ładnie się wtapia i wygląda wtedy super! Podsumowując uważam, że puder ryżowy ze względu na jego dużo lepsze właściwości "matowe" będzie idealnym pudrem letnim, zaś bambusowy na zimę. Moja skóra podczas letnich miesięcy strasznie się błyszczy, zresztą jak u wszystkich a bambusowy nie dawał do końca sobie z nią rady na dystansie kilku godzin, zaś, kiedy kupiłam i użyłam kilkakrotnie ryżowego już pod koniec tych upałów sebum nie wychodziłam tak mocno na wierzch przez kilka godzin, a poprawki także musiałam robić rzadziej niż przy bambusowym. W moje toaletce mam jeszcze trzy opakowania innych pudrów i już wiem, że będą słabsze i bardziej satynowe, więc idealnie mi się sprawdzą na zimę, zaś puder ryżowy schowam i będę czekała na jego używanie podczas następnych wakacji. Na szczęście ma długi okres ważności, bo aż 24 miesiące, więc bez problemu może sobie grzecznie leżeć i czekać.


piątek, 14 listopada 2014

Podkład apteczny, który okazał się bublem - Pharmaceris delikatny podkład intensywnie kryjący


Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj niestety post dotyczący produktu, który mi się wcale nie sprawdziła a mowa podkładzie intensywnie kryjącym od Pharmaceris. Z tego, co pamiętam to jest to chyba mój pierwszy apteczny podkład i ooo tuaj wielka klapa... Czy odważę się teraz na zakup innego tego typu podkładu? Sama nie wiem, ale wątpię. Produkt kupiłam rok temu, przed wyjazdem na wakacje. W tamtym czasie miałam jeszcze trochę problemów ze skórą twarzy, więc kierując się nazwą podkładu, czyli "delikatny fluid intensywnie kryjący" postanowiłam go kupić i zabrać ze sobą w ciepłe kraje. Byłam pewna, że jeżeli jest to podkład intensywnie kryjący to jest przeznaczony dla cery trądzikowej, czyli jednym z jego głównych zadań będzie matowienie i super się sprawdzi podczas upałów, ale cóż pomyliłam się... 



Podkład zamknięty jest w plastikowym 30 ml opakowaniu z wygodną pompką typu airless. Pompka na wielki plus, ponieważ zużyjemy na pewno podkład do samego końca, bez pchania tam paluchów i jakich kolwiek bakterii itd. Opakowanie także solidne, nie ma obawy, że zniszczymy je podczas podróży bądź upadku na ziemię. Posiada spf 20. Mi to nie robi czy podkład posiada czy nie, ponieważ i tak zawszę nakładam swój oddzielny produkt z filtrem, ale jeżeli osoba, która nie ma pojęcia jak ważna jest ochrona przeciwsłoneczna kupi ten produkt, chociaż na jakiś czas będzie delikatnie chroniona. Rozprowadzając podkład mam wrażenie, że ma dosyć bogatą konsystencję a zarazem nie jest gęstym produktem. Do rozprowadzenia go po całej twarzy wystarczy mi połowa pompki. Rzeczywiście intensywnie kryje, ale nie jest to krycie, jakie daje np. Revlon czy Estee Lauder, czyli krycie od średniego do bardzo dobrego nie uzyskamy nim pełnego krycia chyba, że chcemy zrobić sobie ciasto na twarzy. Podkład aplikuję jedynie dłońmi, ponieważ nakładany pędzlem do podkładu robi straszne smugi, zacieki, nie wtapia się w cerę oraz waży się od razu po nałożeniu a efekt maski mamy murowany. Beauty Blenderem uzyskuje podobny efekt, czego nigdy bym się nie spodziewała! Aplikacja jest bardzo uciążliwa z tego względu, że na początku musimy go dobrze rozsmarować a na koniec wklepać w skórę. Na twarzy nie daje matowego efektu jest to efekt satynowy. Przed przypudrowaniem strasznie się lepi i aby doprowadzić go do stanu gdzie będę mogła spokojnie aplikować bronzer, róż, itd. aby nie narobić sobie plam nie dość, że muszę kilka minut odczekać to jeszcze porządnie go przypudrować.  Tuż po aplikacji i około godziny, góra dwóch podkład na prawdę wygląda ładnie zaś później zaczyna się zabawa. Podkład zaczyna się niemiłosiernie błyszczeć, ale nie jest to tylko nadmiar sebum w strefie T tylko na całej twarzy: na skroniach, policzkach a nawet na szyi gdzie nim przeciągałam, aby się nie odcinał. Zaczyna się strasznie ważyć i robi się nam brzydkie ciasto, a do tego się utlenia i zmienia kolor różu oraz bronzera. Strasznie brudzi ubranie, rozmazuje się po twarzy, a kiedy rozmawiam przez telefon mój cały policzek zostaje na ekranie telefonu. Bardzo łatwo uzyskać nim efekt maski. 
Nie zapycha. 

Mój odcień to 02 - kolor, który wpada delikatnie w róż (kolejny jego minus) 

Zostało mi go już bardzo niewiele i na siłę go kończę, ponieważ szkoda mi wyrzucać produkty, który sama kupiłam. Męczę go i nakładam jedynie na bardzo krótkie wyjścia. 


Używałyście???

środa, 15 października 2014

Pomadki w odcieniach różu - moja mała kolekcja ;)



Cześć!!

Kilka dni temu robiłam przegląd moich wszystkich produktów do ust, więc przy okazji chciałabym Wam pokazać pomadki, w, których czuję się najlepiej, czyli te, które mają odcień różowy. W tym poście nie zobaczycie intensywnych, żarówiastych kolorów - takie noszę, ale tylko od czasu do czasu podczas letnich miesięcy, więc moje ulubione pomadki wakacyjne możecie zobaczyć tutaj. A więc dzisiaj delikatne odcienie różu, którymi możecie pomalować się na każdą okazję. 



  • Wibo, Eliksir kolor numer 04 - poluję także na numer 06 zaś na nią nigdy nie mogę trafić w żadnym Rossmanie. Tania a nawet powiem bardzo tania pomadka, ponieważ na promocji zapłaciłam za nią około 5 złotych, z tandetnym plastikowym opakowaniem zaś z cudem w środku. Nawilżająca i mimo to długo się utrzymująca a na dodatek, kiedy schodzi robi to bardzo delikatnie i równomiernie. Piękny kolor i super wygląda na ustach! 
  • Golden Rose, velvet matte numer 09 - mam jeszcze numer 08, jak dla mnie kolor już bardziej letni zaś ten, który możecie zobaczyć tutaj jest mega naturalny na ustach. Idealny do każdego makijażu z resztą jak wszystkie tutaj pokazane pomadki. O produktach velvet matte nie ma chyba, co mówić, ponieważ zakochała się nich cała blogosfera i ja też! Mimo że są matowe moim zdaniem nie do końca, u mnie efekt jest satynowy i mega mi się to podoba. Nie wysuszają ust, nie podkreślają suchych skórek i utrzymują się kilka godzin bez konieczności poprawek. 
  • Rimmel by Kate kolor 101 - pomadka także o wykończeniu satynowym, bardzo delikatny, lalkowy trochę róż. Na początku miała być moją pomadką ślubną zaś w ostatniej chwili znalazłam coś mega trwałego, ale tamtej na pewno poświęcę osobny post. Powracając do tej, także utrzymuje się długo i moim zdaniem podobna jest do pomadek Golden Rose velvet matte tylko podczas nakładania jest trochę bardziej masełkowa. 
  • BeYu kolor 97 - pomadkę tą dostałam w gratisie podczas zakupów z perfumerii Douglas ponad rok temu. Delikatnie metaliczne, ale tylko minimalnie jak możecie zobaczyć na zdjęciu. Nawilża i trochę krócej utrzymuje się na ustach niż pozostałe.
  • Mac, Angel - nigdy nie spodziewałam się, że będę miała pomadkę za tak duże pieniądze, nawet kilka tygodni przed jej nieplanowanym zakupem rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam jej, że co, jak co ale na pomadkę z Maca nigdy się nie skuszę i nie jestem wariatką żeby wydać takie pieniądze! Będą w Macu poprosiłam o jej nałożenie z ciekawości, nad czym się tak wszyscy rozpływają. I przepadłam! Więc co ja będę tutaj jeszcze pisać ;)
  • Catrice, Pure Shine Color numer 030 Dont' Think just pink - po prostu masełko do ust, które nadaje delikatny subtelny kolor, nawilża zdecydowanie, więc będzie idealna do suchych ust. Trzeba ją często aplikować ponownie z tego względu, że szybko znika z ust, ale nie jest to jakiś jej minus z tego względu, że jej aplikacja nie wymaga użycia lusterka. Czyli codzienna pomadka na szybko!



A jakie Wy pomadki możecie mi polecić w podobnych kolorach???

piątek, 3 października 2014

Mój wybawiciel! Cień w kremie, który pobił wszystkie bazy! Maybelline Color Tatoo...


Baz pod cienie w mojej karierze kolorówkowej miałam już kilka i żadna się nie sprawdziła! Może nie dosłownie, ponieważ niektóre sprawdzały się trochę lepiej a prawdę mówiąc inne w ogóle nie podołały wymaganiom, jakie im stawiałam zaś ten produkt, czyli cień w kremie z Maybelline pobił wszystkie, ponieważ żaden inny produkt nie przedłużał trwałości cieni na aż tak długo. Cień Color Tatoo kupiłam, ponieważ podobało mi się jego wykończenie i chciałam go używać, jako cień bazowy podczas wykonywania ciemniejszych makijaży. Taki makeup gości u mnie tylko od czasu do czasu, więc ten cień także i dużo czasu zeszło mi na tym, aby w końcu zorientować się, że to on utrzymuje moje cienie na miejscu przez całą noc podczas imprezy. Zazwyczaj po imprezie, od razu zmywałam makijaż nie oglądając w lusterku jak trzyma się podkład czy tym bardziej cienie, więc jego magiczne działania zauważyłam dopiero, kiedy zaczęłam używać jego mikroskopijne ilości do makijażu dziennego.


Tutaj już dawno zamieszczona recenzja tego produktu.  Ale koniecznie chciałam Wam o nim wspomnieć jeszcze raz! 


wtorek, 30 września 2014

Mac Studio Fix - podkład i puder w kompakcie - znalazłam podkład idealny!!!!


Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj recenzja podkładu i pudru w kompakcie Mac, które podbiły moje serce i są jednymi z lepszych produktów, które używałam! Niestety podkład ma kilka minusów, ale kiedy zadbamy dobrze o swoją cerę uzyskujemy efekty na prawdę idealny. Brzmi to trochę głupio... Ale cóż takie są fakty ;)

Podkład Studio Fix kupiłam osobiście w stacjonarnym sklepie Mac w Warszawie zaś puder zamówiłam ze strony internetowej Douglas. Oba produkty są dosyć popularne i często wychwalane w sieci, dlatego się na nie zdecydowałam i poprosiłam w Mac-u o nałożenie produktu na twarz, który po tym trafił do mojej toaletki. 
Oba produkty znajdują są w bardzo estetycznych i niczym nieurozmaiconych opakowaniach, wygląda to bardzo schludnie i można powiedzieć, że profesjonalnie. Podkład zamknięty jest w 30 ml, szklanym opakowaniu, zaś puder w solidnym plastikowym kompakcie z lusterkiem i miejscem na gąbeczkę/puszek. Jednym z minusów opakowania podkładu jest to, że za cenę 125 złotych otrzymujemy produkt bez pompki, którą jeżeli chcemy możemy dokupić. Moim zdaniem w podkładzie za taką cenę pompka powinna być dołączona bez żadnej łaski, skoro producent podkładów np. z Essence, które kosztują 15 złotych, bez problemu dodaje pompkę, to tym bardziej  Mac powinien się za to zabrać! W moim przypadku, pompkę dokupiłam i kosztowała jak się nie mylę 24 złotych i automatycznie zwiększa to cenę podkładu. Mam podkład bez pompki (Revlon ColorStay) i nie lubię takiego wydobywania go z opakowania, z tego względu, że jeżeli się śpieszymy na pewno wyleci nam tego podkładu o wiele za dużo a nie wyobrażam sobie abym płaciła za podkład wysoką cenę i sama go marnowała! Mój drugi podkład z Mac, kosztował 138 złotych i jest wyposażony w pompkę, jest droższy owszem, ale dodając do Studio Fix cenę pompki i tak wychodzi kilka złotych więcej. 


Kontynuując temat podkładu, zacznę właśnie od niego. A więc zapach jego jest bardzo intensywny i podchodzi pod zapach właśnie Revlonu ColorStay, dla mnie przypomina zapach ciężkich i długotrwałych podkładów. Podkład podczas noszenia jest dla mnie czasami wyczuwalny, i w trakcie dnia, powiewu wiatru czy szybkiego obrócenia wyczuwam go. Dla niektórych może to być wielki minus, nie powiem dla mnie na początku także był zaś po jakimś czasie ciągłego używania, da się do tego bez problemu przyzwyczaić. Swoją konsystencją trochę mnie zadziwił, dlatego że jest dużo rzadszy niż ColorStay bądź Estee Lauder Double Wear, jest nadal dosyć zbity i gęsty, ale na pewno trochę rzadszy niż te przeze mnie wspomniane. Podkład najlepiej aplikować zwilżoną gąbeczką, u mnie najlepiej sprawdza się gąbka z Real Techniques, z resztą ostatnimi czasy nie wyobrażam sobie aplikacji jakiegokolwiek podkładu czymś innym. Aplikacja gąbeczką RT w przypadku tego podkładu sprawdza się o wiele lepiej niż gąbką Beauty Blender a z tego względu że kiedy mam suche skórki, gabką RT uzyskujemy efekt wygładzenia i lepszego krycia. Dzięki niej podkład jest dla mnie wtedy idealny i myślę że w tym momencie mogę stwierdzić że chyba znalazłam podkład idealny. Ale oczywiście kiedy zastosuję ten duet razem! Jak już wspomniałam podkład ma kilka minusów zaś i tak jestem nim zachwycona! Produkt wygląda najlepiej, jeżeli  mamy dobrze wypielęgnowaną twarz, czyli kiedy jest wcześniej poddana peelingowi, jest dobrze nawilżona i bez jakichkolwiek suchych skórek. I w tym właśnie momencie możemy stwierdzić, dla jakiej skóry jest stworzony. Nie jest to absolutnie moim zdaniem podkład dla cery suchej! Idealnie sprawdzi się przy cerach tłustych i mieszanych, ale nie przy takich cerach, na których trwa ekstremalna kuracja przeciwtrądzikowa, kiedy mimo przetłuszczania ona jest sucha i odwodniona. Osobiście jestem cały czas na kuracji antytrądzikowej zaś moja pielęgnacja cery jest bardzo wyrówna pomiędzy jej nawilżaniem i stosowaniem aptecznych wysuszających maści. Na cerze suchej podkład podkreśli niestety wszystkie suche skórki i osiądzie na nich w taki sposób, że powstaną placki nieroztartego podkładu i jakby było tego jeszcze mało będą to pomarańczowe placki, na których przede wszystkim osiądzie pigment. Aplikować podkład możemy pod warunkiem dobrego nawilżenia cery. W tym przypadku wygląda na twarzy fenomenalnie, i w tym właśnie momencie tego postu zacznę sie nad nim rozpływać ;) Studio Fix jest moim zdaniem podkładem bardzo dobrze kryjącym i w czasie jego stosowania nie potrzebuję maskować dodatkowo niedoskonałości oraz przebarwień. Nie wchodzi w pory ani ich nie podkreśla a wręcz przeciwnie wchodzi w nie w taki sposób, że pozostawia twarz wygładzoną efekt ten jeszcze bardziej potęguje później nałożony puder, o którym wspomnę niżej. Nie zapycha, na całe szczęście gdyż moja skóra jest na to bardzo podatna i tego właśnie boję się w podkładach. Co do efektu, jaki daje na cerze, to nie jest to typowy mat, jest to wykończenie matowo-satynowe, bardzo delikatnie wygląda na twarzy. Trudno uzyskać nim efekt maski, wtapia się w skórę i tworzy drugie lepsze płótno. Jest widoczny na twarzy, z resztą jak każdy podkład, nie zdarzyło mi się jeszcze posiadać podkładu, który nie jest widoczny, efekt wizualny nie jest nachalny i przytłaczający. Mimo to, że jest podkładem dobrze kryjącym nie uzyskamy nim efektu "sztucznej lalki", u mnie wystarczającą ilością, jaką nakładam na twarz są dwie pompki a i tak pompka nie wydobywa dużej ilości podkładu, dodam jeszcze, że rozcieram także podkład na szyi właśnie z tą ilością. Podkład stosowałam podczas lata, więc zaczynał błyszczeć się jak wszystkie podkłady, czyli na ratunek w bibułkami matującymi przychodziłam około 3 godziny od aplikacji. Teraz kiedy zaczeły się już chłodne dni bibułki wkraczają po około 6 godzinach.  Podkład nie ściera się, ani nie spływa z twarzy, jest dosyć lepki i właśnie dzięki temu dobrze się jej trzyma.  
Mój kolor to NC25



Przechodząc już do następnego produktu powiem, że jest także bardzo dobrym produktem i jestem z niego mega zadowolona. Puder idealnie stapia się z każdym podkładem i na każdym wygląda bardzo dobrze a mogę nawet stwierdzić, że poprawia wygląd niektórych podkładów, które u mnie średnio się sprawdzają. Puder nadaje delikatny kolor, tym samym wygładza, ujednolica i delikatnie zakrywa niedoskonałości, czyli wspomaga krycie podkładu. Uwielbiam efekt, jaki daje na moim nosie, z tego względu, że zakrywa moje wągry i widoczne są one dopiero z bardzo bliska, a aż tak blisko nikt się do mnie nie zbliża ;) Najlepiej aplikuje mi się go pędzlem do pudru zaś przy tym zajmuje mi to trochę czasu, z tego względu, że muszę obchodzić się z nim bardzo delikatnie, aby za mocno nie przycisnąć pędzla do pudru, ponieważ będzie się pylił i delikatnie skruszał a aplikacja dołączoną gąbeczką daje efekt na prawdę kryjący i ciężki, dlatego wydaje mi się, że będzie ona idealna pod warunkiem aplikowania jedynie pudru, czyli jego drugiego zastosowania, w jakim stworzył go producent - podkład w kompakcie. 
Mój kolor to, NC15


Czy u Was także sprawdzają się tak fenomenalnie jak u mnie???

sobota, 20 września 2014

Beauty Blender vs. Real Techniques

Dzisiaj porównanie dwóch sławnych gąbeczek do makijażu, czyli BeautyBlender vs. Real Techniques. Przez dłuższy czas używania tych gąbeczek nie byłam do końca pewna, co o nich myślę, ponieważ każda z nich ma swoje plusy jak i minusy. Różowe cudo gości w mojej toaletce już rok zaś pomarańczowe dopiero od kilku miesięcy i jak możecie zobaczyć BeautyBlender jest dużo bardziej zniszczona. Po długim testowaniu - uważam, że gąbeczki robią inny efekt na twarzy, więc zapraszam serdecznie do czytania ;) 




Beauty Blender kupiłam rok temu podczas wakacji w Hiszpanii i kosztowała po przeliczeniu poniżej 60 złotych. Jak na gąbeczkę do makijażu jest to i tak bardzo dużo i dlatego powstrzymywałam się od jej zakupy wcześniej na polskiej stronie, ponieważ cena wynosiła 80 złotych, zaś, kiedy zobaczyłam ją w hiszpańskiej drogerii nie mogłam się powstrzymać! Na szczęście siostry Pixie wyszły z pomysłem stworzenia swojej gąbeczki, która jest o wiele tańsza i bez mrugnięcia okiem jestem w stanie raz na jakiś czas wydać na nią 30 złotych, które kosztuję! Jak wspomniałam gąbki robią zupełnie inny efekt na cerze i uważam, że cena różowej jest za bardzo wygórowana, dlatego zostanę już "raczej na zawsze" przy pomarańczowej. Od kiedy mam RT cały czas jest w użyciu i dłonie oraz pędzle poszły w odstawkę. 


Wielkość, struktura, trwałość, mycie: BB i RT po zmoczeniu wodą jak i przed są tej samej wielkości. Jak możecie zobaczyć na zdjęciach BB ma wiele większe pory i zdecydowanie jest bardziej porowata niż RT, BB dużo łatwiej się moczy w wodzie i szybciej nabiera i zwiększa swoją objętość. BB jest także o wiele miększa zaś tylko wtedy, kiedy jest mokra, kiedy jest sucha RT jest dużo bardziej przyjemniejsza w dotyku i po ściśnięciu odczuwalnie dużo miększa. RT aby uzyskała swoją objętość musimy dużo dłużej trzymać pod strumieniem wody, także dłużej schnie. Co do trwałości gąbeczek to BB już po miesiącu używania była w kilku miejscach uszkodzona i zadarta, a obchodziłam się z nią bardzo delikatnie. RT jest dużo trwalsza - używam jej już kilka miesięcy i nie widać żadnego śladu używania i wygląda dosłownie jak nowa. Gąbeczki myje szamponem dla dzieci z BabyDream, zaś, kiedy się spieszę zwykłym mydłem, który leży na umywalce w łazience, ani przy jednym ani przy drugim produkcie nie ma problemu z dokładnym wyczyszczeniem z podkładu. Obie gąbki przy każdym myciu dobrze się piorą i nie ma na nich śladów z podkładu. Nawet podczas stosowania Revlon Colorstay wszystko dokładnie z nich schodziło.

EFEKT 
Gąbeczka Beauty Bledener daje bardzo naturalny wygląd, podkład wchodzi aż w skórę (przynajmniej taki wizualny efekt otrzymujemy) wtapia się z nią bardzo dobrze i dzięki temu nie pozostawia smug, zacieków i efektu maski. Przy jej stosowaniu podkład daje delikatniejsze wykończenie a także mniej kryje i jest to zauważalne, ponieważ testowałam je na kilku podkładach i nakładając produkt w takiej samej ilości. Uważam, że jest do gąbeczka do bardzo gęstych i mocno kryjących podkładów, i szkoda mi jej używać na inne o lżejszej konsystencji.
Gąbeczka Real Techniques także sprawia, że podkład wygląda bardzo naturalnie i stapia się z cerą zaś nie w tak spektakularny sposób jak po stemplowaniu Beauty Blenderem. Dzięki RT podkład jest bardziej widoczny, ale za to makijaż ładniej wygląda ze względu na to, że jest bardziej kryjący i otrzymujemy super efekt wygładzenia cery. Przy gąbeczce BB niestety przy jednym z podkładów zauważyłam, że podkreślił suche skórki zaś przy nałożeniu, RT nic takiego nie miało miejsca. Rezultat jaki uzyskuje gąbką Real Techniques podoba mi się o wiele bardzej i często dostaję komplementy dotyczące mojego makijażu twarzy po użyciu właśnie jej. Zgrywa się ona idealnie z moim nowym podkładem i ich połączenie na mojej twarzy daje niesamowity efekt końcowy. 



Podsumowując obie gąbki wnoszą do makijażu, co innego i każda jest dobra na swój sposób i efekt, jaki daje. BeautyBlender nie pojawi się już w mojej kosmetyczce ze względu na swoją wysoką cenę, ale i tak uważam, że każdą z nich fajnie mieć i dobierać sobie efekt makijażu, jaki chcemy danego dnia uzyskać. 

środa, 30 lipca 2014

Aktualny codzienny zestaw makijażowy ;)


Dzisiaj miałam strasznie zwariowany dzień, wizyta u lekarza, latanie po urzędach oraz małe zakupy spożywcze, ale już na spokojnie postanowiłam Wam pokazać mój aktualny zestaw makijażowy. Do produktów makijażowych mam tak, że gdy się przeczepię do jednego to używam go dopóki się skończy! ;) Oczywiście jak się sprawdza i nie robi krzywdy mojemu makijażowi.


Baza stosuję na imprezy oraz w dni, kiedy wiem, że będę miała makijaż bardzo długo na twarzy (na szczęście zdarza się to rzadko), produkty, które używam na specjalne okazje, czyli kiedy chcę, aby mój makijaż trzymał się jak najdłużej pokaże Wam w oddzielnym poście. Wracając do mojego makijażu codziennego to staram się unikać produktów, które zawierają dużo silikonów, które mogą powodować wypryski na takiej cerze, jaką mam. Podkład aktualnie, który używam jest L'oreal True Match oraz Rimmel Wake me Up.


 Korektorem, który nakładam pod oczy jest rozświtlająco-kryjący korektor z Eveline. Wklepuję bardzo małą ilość zaś jakichś nieprzyjaciół bądź plamki, które mam traktuję kamuflażem, z Catrice.
Moją aktualną bazą pod cienie jest baza z Lumene - używam ją aby tylko zużyć i nie zmarnować (w końcu zapłaciłam za nią własnymi pieniędzmi). Dotychczas z żadnej z baz pod cienie nie byłam zadowolona więc już nie będę do nich wracać! Znalazłam inny produkt, który zachwycił mnie swoim działaniem i tylko dzięki niemu makijaż oczu utrzymuje mi się cały dzień. O moim małym fenomenie wspomnę za jakiś czas ;)  Niesforne brwi staram się ujarzmić żelem do brwi z Catrice - nie sprawdza się jakoś spektakularnie w tej kwestii, ponieważ bardzo mocno ich nie utrzymuje, ale na razie go zużywam.




 Podkład utrwalam pudrem sypkim Essence lub Paese bambusowy oba są pudrami transparentnymi i właśnie najczęściej puder, jaki możecie u mnie zobaczyć to puder w takim właśnie kolorze. Hm... Jak można nazwać to kolorem ;) Nie mam jakoś siły, ochoty i weny, aby dopasowywać sobie jeszcze kolor pudru. Twarz konturuję bronzerem Bahama Mama z The Balm, zimą był to Hoola z Benefit, ale latem nakładam ten, ponieważ jest trochę ciemniejszy.


Różem jest róż także z The Balm, Hot Mama - do różu tego także wracam tylko latem, ponieważ jest dosyć intensywny i ma piękny koralowy kolor ze złotą poświatą. Nie pasowałby mi w ogóle zimą! Kiedy używam ten róż, rezygnuję z rozświetla cza, ponieważ róż sam w sobie daje efekt mocnego rozświetlenia.



Cienie - do codziennego makijażu używam tylko cieni Inglot
Paletka Inglot - recenzja 

piątek, 4 kwietnia 2014

Podkład Bourjois Flower perfection - czy kupię ponownie???


Cześć Dziewczyny! 

Dzisiaj recenzja jednego z dwóch podkładów Bourjois, który posiadam. Pierwszy podkład, jaki kupiłam z tej firmy był oczywiście Healthy Mix, którego bardzo polubiłam i mam już jego drugą buteleczkę. Zimą, kiedy moja skóra była bardzo przesuszona musiałam zaopatrzyć się w podkłady nawilżające. Niestety ten nie sprawdził się w tej roli! 



Produkt zamknięty jest w szklanym, grubym i dosyć ciężkim opakowaniu, co nie jest praktyczne w podróżach. Posiada pompkę, które działa bez problemu od samego początku używania. Pojemność standardowa jak na podkład, czyli 30ml. Napisy z opakowania ścierają się szybko, czego strasznie nie lubię! 
Do podkładu dołączona jest "lateksowa gąbeczka", która przyklejona jest do plastikowego zamknięcia buteleczki. Nie mam pojęcia, w jakim celu została ona dołączona do podkładu. Osobiście ani razu jej nie używałam i nie będę, ponieważ nie wyobrażam sobie nakładania podkładu taką gąbeczką. Jestem pewna, że pozostawiłaby smugi i bardzo trudno byłoby rozprowadzić nią idealnie podkład. 

Podkład jest gesty i ciężko rozprowadza się go na twarzy. Bardzo łatwo zrobić sobie nim smugi i zacieki. Jego aplikacja trwa dość długo, ponieważ trzeba dobrze go rozetrzeć oraz później dokładnie sprawdzić czy nie ma smug. Aplikacja dłońmi oraz pędzelkiem jest trudna i długa. Najlepiej sprawdza się aplikacja mokrą gąbeczką BeautyBlender. Podkład po użyciu gąbeczki jest wciskany w skórę a nie rozcierany i wygląda bardziej naturalnej - ale nie tak naturalnie jak byśmy tego oczekiwały. Łatwo można uzyskać efekt maski.  Jak na podkład to ma dosyć intensywny zapach - na szczęście ładny. 

Od producenta:
Podkład wygładzający, kryjący, matujący. 




Co do wygładzenia, to nie widzę żadnego! Wręcz przeciwnie. Podkład podkreśla wszystkie suche skórki oraz partie na twarzy, których nawet nie widać przed nałożeniem makijażu. Aby podkład wyglądał przyzwoicie trzeba wykonać peeling twarzy, więc będzie idealny dla dziewczyn, które codziennie używają żelu peelingującego do mycia twarzy. Na pewno nie jest to podkład dla cery suchej, ponieważ podkreśli wszystko! 
Kryjący - krycie od małego do średniego. Mocnego efektu krycia - czyli dokładania tego podkładu nie polecam, ponieważ łatwo możemy uzyskać efekt maski.  
Matujący - rzeczywiście matuje, ale nie jest to płaski mat bardziej satyna. 

Posiadam kolor Vanille clair - Light vanilla numer 51. Jest bardzo jasny, ale wpada bardziej w róż niż w żółć. Jednak nie martwcie się nie jest to typowy "prosiaczkowy" róż. W drogerii w porównaniu do podkładów innych nie było tego aż tak mocno widać. Same możecie zobaczyć to na zdjęciach. Nie pasuje idealnie do mojego odcienia skóry, ponieważ mam tony bardziej żółte. Ale i tak muszę go skończyć, ponieważ cena podkładów Bourjois nie jest niska i wynosi około 60 złotych.
Podkładu więcej na pewno go nie kupię! I nikomu nie polecam! 

Nie zapycha. 




I jak myślicie, jest warty swojej ceny??? ;) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...